Majówka to dla większości czas grillowania, ale dla nas to zapach spalin i ryk silników na Miedzianej Górze. Startuje sezon GSMP 2026, a my wjeżdżamy w niego z kieleckim rozmachem, choć nie do końca tak, jak to sobie wymarzyliśmy w garażu przez ostatnie miesiące. Miało być nowe, jest... sprawdzone. Plan był ambitny – nowa maszyna, lekka konstrukcja i technologia, która miała nam dać te cenne ułamki sekund. Życie jednak, jak to w motorsporcie bywa, zweryfikowało te marzenia brutalnie. Z budową nowego projektu po prostu nie zdążyliśmy na czas. Zamiast lśniącej nówki, na lawetę wjechał nasz stary, wysłużony druh.
Co to oznacza w praktyce?
Dalej walczymy z nadwagą. Nasz „bolid” wciąż niesie ze sobą dodatkowe 50 kg bagażu, których nie udało się zrzucić. To tak, jakbyśmy na każdy podjazd zabierali ze sobą pasażera na gapę, ale hej – przynajmniej wiemy, czego się po tej maszynie spodziewać!
Treningi?
Tylko te zawodowe Jeśli pytacie o kilometry wykręcone na testach przedsezonowych, to odpowiedź jest krótka: zero. Zamiast na torze, ostatnie tygodnie spędziliśmy po prostu w robocie. Obowiązki zawodowe nie wybierają – trzeba było być na posterunku i pilnować interesu, a nie siedzieć w fotelu kubełkowym. Krótko mówiąc: proza życia wygrała z testami, więc naszą pierwszą „sesją treningową” będą sobotnie podjazdy zapoznawcze. Sponsorzy i „swoje” tempo. Kolejna sprawa to wsparcie. Wielkich sponsorów jak nie było, tak nie ma.
Ale wiecie co?
Nie płaczemy z tego powodu. Dalej jedziemy swoje, za swoje i po swojemu. Brak wielkich logotypów na masce oznacza jedno – pełną wolność i czystą radość ze ścigania, bez presji na wyniki dla kogoś.
